Katecheza, 11 października 2026

Nie odkładaj dobra na później – miłosierdzie, które nie zwleka

W Księdze Przysłów czytamy: „Nie odmawiaj dobra uprawnionemu, gdy masz możliwość działania. Nie mów bliźniemu: «Idź sobie, przyjdź później, dam jutro» – gdy możesz dać zaraz” (Prz 3,27–28). Słowa te przypominają nam, że miłosierdzie nie polega jedynie na dobrych chęciach. Powinno wyrażać się w konkretnych czynach, podejmowanych wtedy, gdy drugi człowiek potrzebuje naszej pomocy. Każdy z nas zna takie sytuacje. Wiemy, że ktoś z rodziny jest chory i warto byłoby go odwiedzić. Myślimy jednak: „Pojadę w przyszłym tygodniu”. Od dawna nie rozmawialiśmy ze starszym sąsiadem, ale tłumaczymy sobie: „Zajrzę do niego, kiedy będę miał więcej czasu”. Ktoś prosi nas o pomoc, a my odpowiadamy: „Teraz nie mogę, może innym razem”. Oczywiście mamy swoje obowiązki i nie zawsze możemy natychmiast odpowiedzieć na potrzeby drugiego człowieka. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy odkładanie dobra staje się naszym przyzwyczajeniem. Czasami nie chodzi nawet o brak czasu, ale o wygodę. Pomoc drugiemu człowiekowi wymaga przecież wysiłku, zmiany planów, a niekiedy rezygnacji z własnych przyjemności. Łatwiej więc powiedzieć sobie: „Zrobię to później”. Tymczasem dobro, które możemy uczynić dzisiaj, nie zawsze będzie możliwe jutro.
Święty Jakub Apostoł napisał: „Kto zaś umie dobrze czynić, a nie czyni, grzeszy” (Jk 4,17). Są to słowa bardzo wymagające. Przypominają nam, że nie wystarczy unikać zła. Chrześcijanin powinien również starać się czynić dobro. Możemy współczuć człowiekowi choremu, ale jeżeli mamy możliwość go odwiedzić, samo współczucie nie wystarczy. Możemy żałować człowieka samotnego, ale czasami potrzebuje on przede wszystkim naszej obecności. Możemy wiedzieć, że ktoś znajduje się w trudnej sytuacji materialnej, ale dopiero konkretna pomoc sprawia, że nasze współczucie staje się uczynkiem miłosierdzia. Pan Jezus w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie pokazuje człowieka, który nie odłożył pomocy na później. Zobaczył rannego, zatrzymał się i opatrzył jego rany. Nie powiedział: „Teraz się spieszę, pomogę ci, kiedy będę wracał”. Miłosierdzie Samarytanina polegało nie tylko na tym, że dostrzegł cierpienie, ale również na tym, że odpowiedział na nie bez zbędnej zwłoki.
Warto pamiętać, że niektórych rzeczy nie da się nadrobić. Czasami odkładamy odwiedziny u starszej osoby, rozmowę z kimś bliskim czy pojednanie z człowiekiem, z którym od dawna pozostajemy w konflikcie. Wydaje nam się, że zawsze będzie jeszcze czas. Tymczasem życie pokazuje, że nie każda okazja powraca. Może się zdarzyć, że zabraknie już możliwości spotkania, rozmowy czy wypowiedzenia dobrego słowa. Nie chodzi o to, aby żyć w ciągłym pośpiechu albo poczuciu winy. Chodzi raczej o świadomość, że czas, który możemy ofiarować drugiemu człowiekowi, jest również darem miłosierdzia.


Katecheza, 4 października 2026

Zauważyć człowieka obok siebie – miłosierdzie w codzienności.

W Ewangelii według św. Łukasza Pan Jezus opowiada przypowieść o człowieku, który został napadnięty przez zbójców. Pobity i ograbiony leżał przy drodze. Przechodził tamtędy kapłan, zobaczył go, ale poszedł dalej. Podobnie zachował się lewita. Dopiero Samarytanin, „gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko” (por. Łk 10,30–33). Zatrzymał się, opatrzył jego rany i zatroszczył się o niego. Wszyscy trzej zobaczyli tego samego człowieka. Tylko jeden jednak naprawdę dostrzegł jego cierpienie.

Żyjemy coraz szybciej. Mamy wiele obowiązków, własnych problemów i planów. Często gdzieś się spieszymy i myślimy o tym, co jeszcze musimy zrobić. W takim pośpiechu łatwo przestać zauważać ludzi. Możemy codziennie spotykać tę samą osobę i nigdy nie zapytać, jak się czuje. Możemy mieszkać obok starszego człowieka i nie wiedzieć, że jest samotny. Możemy pracować z kimś, kto przeżywa trudny czas, ale ponieważ się uśmiecha, zakładamy, że wszystko jest w porządku. Tymczasem każdy uczynek miłosierdzia zaczyna się od zauważenia człowieka i jego potrzeby. Trudno odwiedzić chorego, jeżeli nie dostrzeżemy jego samotności. Trudno pocieszyć strapionego, jeżeli nie zauważymy jego smutku. Trudno pomóc potrzebującemu, jeśli przejdziemy obok niego obojętnie.

Kiedy słyszymy słowo „potrzebujący”, często myślimy o człowieku głodnym, bezdomnym albo ciężko chorym. Są jednak potrzeby, których nie widać na pierwszy rzut oka. Można mieć dom, pracę i wszystko, czego potrzeba do życia, a jednocześnie być bardzo samotnym. Można się uśmiechać, a w sercu przeżywać smutek. Można znajdować się wśród wielu ludzi, a mimo to czuć, że nikt naprawdę się nami nie interesuje. Dlatego czasami początkiem uczynku miłosierdzia będzie zwykłe pytanie: „Jak się czujesz?”, „Czy wszystko w porządku?”, „Czy mogę ci w czymś pomóc?”

W przypowieści Jezusa ważne jest nie tylko to, że Samarytanin zobaczył rannego. On przede wszystkim zatrzymał się. Zatrzymanie się przy drugim człowieku zawsze coś kosztuje. Trzeba poświęcić czas, czasami zmienić swoje plany albo zrezygnować z własnej wygody. Samarytanin nie poprzestał jednak na współczuciu. Opatrzył rany człowieka, zawiózł go w bezpieczne miejsce i zatroszczył się o niego. Miłosierdzie przeszło od zauważenia człowieka do konkretnego czynu. Tak właśnie postępował Pan Jezus. W tłumie potrafił dostrzec pojedynczego człowieka. Zauważył Zacheusza siedzącego na drzewie. Zatrzymał się przy niewidomym Bartymeuszu. Dostrzegał chorych, samotnych i odrzuconych. Jezus nie patrzył jedynie na tłum. Widział konkretnego człowieka i jego potrzebę.

Być może obok nas nie leży człowiek pobity przez zbójców. Są jednak ludzie, których każdego dnia mijamy. Może jest to starszy sąsiad. Może ktoś z rodziny, kto ostatnio stał się milczący. Może człowiek w pracy, który przeżywa trudny czas. Nie zawsze będziemy mogli rozwiązać jego problemy. Możemy jednak zrobić coś bardzo ważnego – zauważyć go i dać mu odczuć, że nie jest sam. Uczynki miłosierdzia nie zawsze zaczynają się od wielkich czynów. Często ich początkiem jest spojrzenie, pytanie, rozmowa i chwila poświęconego czasu.


Katecheza, 27 września 2026

Miłosierdzie w trudnych relacjach.

Święty Paweł w Liście do Kolosan zachęca: „Znoście siebie nawzajem i wybaczajcie sobie, jeśli ktoś ma zarzut przeciw drugiemu” (Kol 3,13). Słowa te przypominają nam, że miłosierdzie jest potrzebne nie tylko wobec ludzi chorych, ubogich czy skrzywdzonych. Potrzebujemy go również w naszych codziennych relacjach – szczególnie wtedy, gdy spotykamy osoby, z którymi trudno nam się porozumieć. Każdy z nas zna takich ludzi. Ktoś ciągle narzeka, ktoś chce zawsze mieć rację, ktoś łatwo się obraża, inny mówi zbyt dużo albo nie potrafi słuchać. Czasami wystarczy odmienny charakter, sposób patrzenia na świat czy inne przyzwyczajenia, aby wspólne przebywanie stało się trudne. Pan Bóg stworzył nas różnymi. Mamy różne charaktery, temperamenty, doświadczenia i sposoby reagowania. To, co dla jednego jest zupełnie normalne, dla drugiego może być trudne do zaakceptowania. Problem zaczyna się wtedy, gdy oczekujemy, że inni będą myśleli, zachowywali się i reagowali dokładnie tak jak my.

Pan Jezus powiedział: „Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie?” (Mt 5,46). Łatwo jest być dobrym dla człowieka, z którym dobrze się rozumiemy. Znacznie trudniej zachować życzliwość wobec kogoś, kto nas denerwuje albo ma zupełnie inny charakter, sposób patrzenia na świat czy inne poglądy polityczne. Chrześcijańska miłość nie oznacza, że z każdym musimy być blisko. Nie ze wszystkimi stworzymy przyjaźń i nie z każdym będziemy dobrze się rozumieli. Miłość oznacza natomiast, że nie chcę drugiego człowieka krzywdzić, poniżać ani przekreślać. Staram się go szanować, dobrze o nim mówić i – jeżeli potrzebuje pomocy – nie odwracać się od niego tylko dlatego, że trudno nam się porozumieć.

Święty Paweł używa bardzo ciekawego określenia: „Znoście siebie nawzajem”. Nie mówi, że zawsze będziemy się doskonale rozumieli. Wie, że wspólne życie wymaga cierpliwości. Dotyczy to przede wszystkim naszych najbliższych relacji. W rodzinie dobrze znamy swoje mocne strony, ale również słabości. W pracy spotykamy osoby o różnych charakterach. Podobnie jest we wspólnocie, parafii czy wśród znajomych. Czasami miłosierdzie będzie więc polegało na tym, że nie odpowiemy ostrym słowem na ostre słowo. Innym razem, że nie będziemy po raz kolejny wypominać czyjejś słabości. Jeszcze innym, że spokojnie wysłuchamy człowieka, choć wiemy, że rozmowa z nim wymaga od nas cierpliwości. To niewielkie rzeczy, ale właśnie z takich drobnych decyzji budują się nasze relacje i w takich sytuacjach okazujemy innym miłosierdzie.


Katecheza, 20 września 2026

Przebaczyć nie znaczy zapomnieć – jak żyć z krzywdą, która pozostaje w pamięci ?

Święty Mateusz opisuje w swojej Ewangelii scenę, w której Piotr pyta Jezusa: „Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat zawini względem mnie? Czy aż siedem razy?”. Jezus odpowiada: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy” (Mt 18,21–22). Przebaczenie zajmuje bardzo ważne miejsce w życiu chrześcijanina. Jednocześnie należy do najtrudniejszych wymagań Ewangelii. Łatwo o nim mówić, dopóki sami nie zostaniemy naprawdę skrzywdzeni.

Kiedy ktoś nas skrzywdził, czasami słyszymy rady: „Zapomnij o tym”, „Nie wracaj już do tego”. Tymczasem przebaczenie nie polega na udawaniu, że nic się nie wydarzyło. Jeżeli ktoś został oszukany, zdradzony, poniżony czy niesprawiedliwie potraktowany, powstała prawdziwa rana. Przebaczenie nie oznacza nazywania zła dobrem ani pomniejszania doznanej krzywdy. Oznacza raczej: „Stało się coś złego, ale nie chcę odpowiadać złem na zło”. Nie możemy nakazać naszej pamięci, aby usunęła bolesne wydarzenia. Niektóre krzywdy pamiętamy przez wiele lat. Sam fakt, że o nich pamiętamy, nie oznacza jeszcze, że nie przebaczyliśmy. Ważniejsze jest to, co robimy z pamięcią o krzywdzie. Możemy ciągle ją rozdrapywać, pielęgnować gniew i myśleć o odwecie. Możemy jednak powiedzieć: „Pamiętam, nadal mnie to boli, ale nie chcę żyć nienawiścią”. Przebaczyć nie znaczy wymazać przeszłość. Przebaczyć znaczy nie pozwolić, aby doznana krzywda kierowała moją przyszłością.

Najpiękniejszy przykład przebaczenia daje nam sam Jezus. Kiedy umierał na krzyżu, był wyśmiewany, poniżany i otoczony przez ludzi, którzy zadawali Mu cierpienie. Właśnie wtedy powiedział: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34). Jezus nie odpowiada nienawiścią na nienawiść. Pokazuje, że przebaczenie zaczyna się od decyzji: nie chcę, aby zło, które ktoś mi wyrządził, rodziło kolejne zło we mnie.

Przebaczenie nie zawsze oznacza, że relacja z drugim człowiekiem od razu stanie się taka jak wcześniej. Można komuś przebaczyć, a jednocześnie oczekiwać przeprosin i naprawienia krzywdy. Można przebaczyć, ale nie odzyskać od razu utraconego zaufania. Zaufanie i przebaczenie nie są tym samym. Jeżeli ktoś ciągle krzywdzi i nie chce zmienić swojego postępowania, mamy prawo postawić granice. Miłosierdzie nie oznacza zgody na dalsze krzywdzenie. Nie każdą krzywdę potrafimy przebaczyć natychmiast. Czasami przebaczenie jest długą drogą. Możemy wtedy powiedzieć Bogu: „Chcę przebaczyć, ale jeszcze nie potrafię”. Już samo pragnienie uwolnienia się od nienawiści może być początkiem przemiany. Pomocna może być modlitwa za osobę, która nas skrzywdziła.

Przebaczamy przede wszystkim dlatego, że sami żyjemy dzięki przebaczeniu Boga. W modlitwie „Ojcze nasz” prosimy: „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Ale przebaczenie jest potrzebne również nam samym. Jeżeli przez wiele lat nosimy w sobie gniew, człowiek, który nas skrzywdził, nadal w pewien sposób wpływa na nasze życie. Krzywda wydarzyła się dawno temu, a jednak ciągle żyje w naszym sercu. Przebaczenie nie zmienia przeszłości, ale może sprawić, że przeszłość przestanie kierować naszym życiem. Nie jest więc zwycięstwem człowieka, który nas skrzywdził. Jest uwolnieniem naszego własnego serca od nienawiści i pragnienia odwetu.


Katecheza, 13 września 2026

Dać człowiekowi drugą szansę – miłosierdzie, które pozwala zacząć od nowa.

W Ewangelii według św. Łukasza czytamy historię Zacheusza – zwierzchnika celników i człowieka bardzo bogatego. Celnicy nie cieszyli się dobrą opinią. Wielu z nich wykorzystywało swoją pozycję, pobierało od ludzi zbyt wysokie opłaty i w ten sposób się bogaciło. Dlatego Zacheusz był człowiekiem, którego inni nie darzyli szacunkiem. Pewnego dnia do Jerycha przybył Jezus. Zacheusz bardzo chciał Go zobaczyć, ale ponieważ był niskiego wzrostu, wszedł na drzewo. Kiedy Jezus znalazł się w tym miejscu, spojrzał w górę i powiedział: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu” (Łk 19,5). Ludzie, którzy obserwowali spotkanie Jezusa z Zacheuszem, byli oburzeni. Mówili: „Do grzesznika poszedł w gościnę” (Łk 19,7). Dla nich Zacheusz był grzesznikiem i takim miał już pozostać. Jezus patrzył na niego inaczej. Nie oznacza to, że uważał jego wcześniejsze postępowanie za dobre. Zło pozostaje złem, a krzywda krzywdą. Jezus wiedział jednak, że człowiek jest kimś więcej niż tylko sumą swoich grzechów. Widział w Zacheuszu nie tylko to, kim był do tej pory, ale również to, kim może się stać.

My często postępujemy inaczej. Kiedy ktoś popełni grzech, łatwo mówimy: „On już taki jest”, „Ona się nigdy nie zmieni”, „Z niego nic dobrego nie będzie”. W ten sposób zamykamy człowieka w jego przeszłości.  Zwróćmy uwagę, że Jezus nie rozpoczął spotkania z Zacheuszem od wypominania mu grzechów. Nie powiedział: „Najpierw napraw wszystko, co zrobiłeś, a później porozmawiamy”. Najpierw powiedział: „Dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. I właśnie to spotkanie zaczęło przemieniać Zacheusza. Powiedział on do Jezusa: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie” (por. Łk 19,8). Nie skończyło się więc na pięknych słowach. Zacheusz zrozumiał, że jeśli naprawdę chce rozpocząć nowe życie, powinien naprawić wyrządzone zło.

To bardzo ważna lekcja. Druga szansa nie oznacza udawania, że nic się nie wydarzyło. Jeżeli kogoś skrzywdziłem, powinienem przeprosić. Jeżeli coś zabrałem – oddać. Jeżeli powiedziałem o kimś nieprawdę – sprostować ją. Prawdziwe nawrócenie prowadzi do zmiany życia oraz, na ile jest to możliwe, do naprawienia wyrządzonej krzywdy. Danie drugiej szansy nie oznacza również naiwności. Można komuś przebaczyć, a jednocześnie oczekiwać, że poniesie konsekwencje swoich czynów. Można pozwolić mu rozpocząć od nowa, ale nie trzeba natychmiast obdarzać go takim samym zaufaniem jak wcześniej. Zaufanie można stracić bardzo szybko, natomiast jego odbudowanie często wymaga czasu. Miłosierdzie mówi więc: „Nie przekreślam cię. Możesz się zmienić. Pokaż jednak swoim życiem, że naprawdę chcesz iść nową drogą”.

Pismo Święte pokazuje wielu ludzi, którym Bóg dał kolejną szansę. Święty Piotr trzy razy zaparł się Jezusa, a mimo to Chrystus ponownie mu zaufał. Święty Paweł prześladował chrześcijan, a później stał się jednym z największych głosicieli Ewangelii. Dobry łotr w ostatnich chwilach życia zwrócił się do Jezusa i usłyszał: „Dziś będziesz ze Mną w raju” (Łk 23,43). Bóg nie zamyka człowieka w jego przeszłości. Zawsze pozostawia otwartą drogę powrotu. A czy my potrafimy robić podobnie?


Katecheza, 6 września 2026

„Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni” – miłosierdzie w patrzeniu na drugiego człowieka

Pan Jezus powiedział: „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone” (Łk 6,37). Słowa te pokazują nam kolejny, bardzo ważny wymiar miłosierdzia. Miłosierdzie wyraża się nie tylko w tym, co robimy dla drugiego człowieka, co do niego mówimy i jak się za niego modlimy. Miłosierdzie zaczyna się jeszcze wcześniej – od tego, jak patrzymy na drugiego człowieka i co o nim myślimy.

Każdemu z nas zdarza się oceniać innych. Widzimy czyjeś zachowanie i bardzo szybko wyciągamy wnioski: „On jest leniwy”, „Ona jest egoistką”, „Z nim zawsze są problemy”, „Ona myśli tylko o sobie”. Czasami wystarczy jedna sytuacja, jedno zdanie albo zasłyszana od kogoś historia, abyśmy wydali opinię o człowieku. Problem polega na tym, że najczęściej znamy tylko niewielką część jego życia. Nie wiemy przecież, co dzieje się w jego domu. Nie znamy wszystkich doświadczeń, które nosi w swoim sercu. Nie wiemy, z czym się zmaga, czego się boi ani dlaczego zachował się właśnie w taki sposób. To, co widzimy, jest często tylko małym fragmentem znacznie większej historii.

Oczywiście nie oznacza to, że nie wolno nam oceniać ludzkich czynów. Jeżeli ktoś kłamie, kradnie, poniża innych czy wyrządza krzywdę, trzeba jasno powiedzieć, że takie zachowanie jest złe. Chrześcijańskie miłosierdzie nie polega na udawaniu, że zło nie istnieje. Czym innym jest jednak powiedzieć: „To, co zrobiłeś, było złe”, a czym innym stwierdzić: „Jesteś złym człowiekiem i nic dobrego już z ciebie nie będzie”. Możemy ocenić czyn. Nie znamy jednak całego serca człowieka. Ono znane jest tylko Bogu. Bardzo wyraźnie pokazuje to Ewangelia opwiadająca o kobiecie pochwyconej na cudzołóstwie. Przyprowadzono ją do Jezusa i postawiono na środku. Wszyscy wiedzieli, co zrobiła. Dla otaczających ją ludzi właściwie przestała być człowiekiem. Stała się przede wszystkim „grzesznicą”, którą należało osądzić i ukarać. Wtedy Jezus powiedział: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem” (J 8,7). Po tych słowach oskarżyciele zaczęli odchodzić. W końcu pozostał tylko Jezus i kobieta. Chrystus zapytał ją: „Nikt cię nie potępił?”. Odpowiedziała: „Nikt, Panie”. Wtedy usłyszała: „I Ja ciebie nie potępiam. Idź, a od tej chwili już nie grzesz” (por. J 8,10–11). W tej sytuacji widzimy, czym jest prawdziwe miłosierdzie. Jezus nie powiedział kobiecie, że nic złego się nie wydarzyło. Nie nazwał jej grzechu dobrem. Powiedział przecież: „Już nie grzesz”. Jednocześnie nie przekreślił człowieka z powodu popełnionego grzechu. Dał tej kobiecie możliwość rozpoczęcia życia od nowa. Miłosierdzie nie mówi, że zło jest dobre. Miłosierdzie mówi, że człowiek jest większy niż zło, które popełnił.

Pan Jezus był bardzo wymagający wobec zła, ale jednocześnie niezwykle miłosierny wobec ludzi. Spotykał się z tymi, których inni odrzucali. Rozmawiał z Samarytanką. Zatrzymał się przy Zacheuszu. Pozwolił podejść do siebie grzesznikom. Nie patrzył na człowieka wyłącznie przez pryzmat jego przeszłości. Widział również to, kim ten człowiek może się stać.


Katecheza, 30 sierpnia 2026

Trzy sposoby realizacji miłosierdzia – czyn, słowo, modlitwa.

Święta Siostra Faustyna Kowalska zapisała w swoim „Dzienniczku” bardzo ważne słowa, które usłyszała od Pana Jezusa: „Podaję ci trzy sposoby czynienia miłosierdzia bliźnim: pierwszy – czyn, drugi – słowo, trzeci – modlitwa”. Jezus dodał również: „W tych trzech stopniach zawiera się pełnia miłosierdzia” (Dz. 742). Miłosierdzie nie jest tylko uczuciem. Nie wystarczy wzruszyć się cierpieniem drugiego człowieka, powiedzieć, że jest nam go żal, a później przejść obok niego obojętnie. Prawdziwe miłosierdzie powinno prowadzić do konkretnej postawy wobec bliźniego. Jezus wskazuje nam trzy drogi: czyn, słowo i modlitwę.

Pierwszym sposobem realizacji miłosierdzia jest czyn. Pan Jezus bardzo wyraźnie pokazuje w Ewangelii, że nasza miłość do drugiego człowieka powinna wyrażać się w konkretnym działaniu. Powiedział przecież: „Byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie” (Mt 25,35–36). Miłosierdzie zaczyna się więc wtedy, kiedy dostrzegamy człowieka, który czegoś potrzebuje, i próbujemy mu pomóc przez konkretny uczynek. Pan Jezus powiedział św. Faustynie: „Nawet wiara najsilniejsza nic nie pomoże bez uczynków” (Dz. 742). Wiara nie może więc ograniczać się jedynie do modlitwy czy pięknych słów. Powinna być widoczna w sposobie, w jaki traktujemy innych ludzi.

Nie zawsze jednak jesteśmy w stanie pomóc drugiemu człowiekowi poprzez konkretny czyn. Czasami nie mamy odpowiednich możliwości albo nie potrafimy rozwiązać czyjegoś problemu. Wtedy pozostaje drugi sposób czynienia miłosierdzia – słowo. Słowo posiada ogromną siłę. Może człowieka zranić, ale może również podnieść go na duchu. Jedno zdanie wypowiedziane w gniewie może pozostać w czyjejś pamięci przez wiele lat. Podobnie jedno dobre słowo może dać człowiekowi siłę w bardzo trudnej chwili. Pan Jezus uczył: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” (Mt 5,7). Warto więc zastanowić się, czy nasze słowa przynoszą innym pokój, czy raczej pozostawiają po sobie ból.

Trzecim sposobem czynienia miłosierdzia jest modlitwa. Może się wydawać, że jest ona czymś najmniej konkretnym. Tymczasem Jezus stawia ją obok czynu i słowa. Są przecież sytuacje, w których nie możemy niczego zrobić. Człowiek, któremu chcielibyśmy pomóc, może znajdować się bardzo daleko. Możemy wiedzieć o czyjejś chorobie, cierpieniu czy trudnej sytuacji, ale nie mamy możliwości, aby ją zmienić. Wtedy zawsze pozostaje modlitwa. Możemy modlić się za chorego, za człowieka samotnego, za rodzinę przeżywającą trudności, za osobę poszukującą pracy, za ludzi dotkniętych wojną czy klęską żywiołową. Możemy modlić się również za tych, których osobiście nie znamy. Modlitwa ma jeszcze jedną niezwykłą cechę. Dzięki niej możemy okazywać miłosierdzie również tym, których nigdy nie spotkamy. Możemy modlić się za ludzi żyjących na drugim końcu świata, za cierpiących, za prześladowanych, a także za zmarłych. Nasze ręce nie wszędzie mogą dotrzeć, nasze słowa nie do każdego mogą trafić, ale modlitwa nie zna takich granic.


Katecheza, 23 sierpnia 2026

Uczynki miłosierne względem ciała – umarłych grzebać.

Kolejnym uczynkiem miłosierdzia względem ciała jest „umarłych grzebać”. Pismo Święte wielokrotnie ukazuje troskę o godny pochówek jako wyraz miłości, szacunku
i miłosierdzia. Szczególnie pięknym przykładem jest Tobiasz. Żyjąc na wygnaniu, z narażeniem własnego bezpieczeństwa grzebał ciała swoich rodaków, których pozostawiano bez pochówku. Mówi o sobie: „Jeżeli widziałem zwłoki któregoś z rodaków porzucone poza murami Niniwy, grzebałem je” (Tb 1,17). Nie był to dla niego jedynie obowiązek wynikający z tradycji. Był to czyn miłości wobec człowieka, który sam nie mógł już w żaden sposób odwdzięczyć się za okazane mu dobro.

Właśnie tutaj odkrywamy istotę tego uczynku miłosierdzia. Człowiek zmarły nie może nam już niczego dać. Nie podziękuje, nie odwzajemni przysługi, nie pochwali naszego działania. Dlatego troska o zmarłych jest jednym z najbardziej bezinteresownych uczynków miłości. Szczególne znaczenie ma dla nas pogrzeb samego Jezusa. Po Jego śmierci na krzyżu pojawia się Józef z Arymatei. Ewangelista mówi: „Józef zabrał ciało, owinął je w czyste płótno i złożył w swoim nowym grobie” (Mt 27,59–60). Był to gest wymagający odwagi. Jezus został przecież skazany i ukrzyżowany jak przestępca. Józef nie wstydził się jednak Jego ciała. Otoczył je szacunkiem i zapewnił Mu godny pochówek.

Kościół od początku otaczał ciała zmarłych wielkim szacunkiem. Ciało człowieka nie jest przecież tylko „rzeczą”, którą po śmierci można odrzucić. To ciało zostało stworzone przez Boga. To przez ciało człowiek kochał, pracował, modlił się, cierpiał i służył innym. Święty Paweł przypomina: „Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego?” (1 Kor 6,19). Szacunek dla ciała nie kończy się więc wraz ze śmiercią.

Uczynek „umarłych grzebać” nie ogranicza się jedynie do zorganizowania pogrzebu. Możemy rozumieć go szerzej. Jest nim uczestnictwo w pogrzebie człowieka, szczególnie wtedy, gdy chcemy wesprzeć jego rodzinę. Jest nim troska o groby naszych bliskich. Jest nim pamięć o grobach opuszczonych i zapomnianych. Jest nim szacunek wobec cmentarza, który dla chrześcijanina jest miejscem świętym – miejscem modlitwy i oczekiwania na zmartwychwstanie.

Jest nim również modlitwa za zmarłych. Tutaj uczynek miłosierdzia względem ciała spotyka się z uczynkiem miłosierdzia względem duszy – „modlić się za żywych i umarłych”. Pismo Święte mówi o Judzie Machabeuszu, który polecił złożyć ofiarę za poległych. Autor natchniony komentuje: „Świętą i zbawienną jest myśl modlić się za umarłych, aby od grzechów byli uwolnieni” (por. 2 Mch 12,45–46). Dlatego chrześcijanin nie mówi tylko: „Będę cię pamiętał”. Robi coś więcej – modli się. Zamawia Mszę Świętą, ofiaruje Komunię Świętą, różaniec, odpusty, cierpienie czy dobre uczynki w intencji zmarłego. Jest to szczególny rodzaj miłości, ponieważ człowiek zmarły nie może nam już powiedzieć, czy tej modlitwy potrzebuje. My jednak z nadzieją powierzamy go miłosierdziu Boga.

„Umarłych grzebać” oznacza więc ostatecznie nie pozwolić, aby śmierć odebrała człowiekowi jego godność, a nam – nadzieję. Kiedy stoimy nad grobem bliskiego człowieka, widzimy ziemię, krzyż i zapisane na nagrobku imię. Wiara każe nam jednak patrzeć dalej. Przypomina słowa Jezusa: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem”.


Katecheza, 16 sierpnia 2026

Uczynki miłosierne względem ciała – więźniów pocieszać.

Kolejnym uczynkiem miłosierdzia względem ciała jest „więźniów pocieszać”. Pan Jezus powiedział: „Byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie” (Mt 25,36). Są to słowa niezwykle wymagające. Łatwiej bowiem dostrzec Chrystusa w człowieku chorym, głodnym czy bezdomnym. Znacznie trudniej zobaczyć Go w kimś, kto dopuścił się zła i z tego powodu znalazł się w więzieniu. Jezus jednak nie mówi, że mamy pochwalać jego czyny. Przypomina natomiast, że nawet człowiek, który popełnił poważne zło, nie przestaje być człowiekiem i nie traci swojej godności.

Więzienie jest miejscem odbywania kary. Człowiek, który popełnił przestępstwo, powinien ponieść konsekwencje swojego czynu. Miłosierdzie nie oznacza przecież rezygnacji ze sprawiedliwości ani udawania, że nic złego się nie wydarzyło. Chrześcijaństwo uczy jednak, że czym innym jest potępienie złego czynu, a czym innym całkowite przekreślenie człowieka. Można powiedzieć: „To, co zrobiłeś, było złe”, a jednocześnie wierzyć, że człowiek może uznać swoją winę, żałować, naprawić wyrządzone zło – na ile jest to możliwe – i rozpocząć nowe życie.

Pobyt w więzieniu wiąże się z wieloma trudnymi doświadczeniami. Jest to przede wszystkim utrata wolności, ale także rozłąka z rodziną, samotność, wstyd, poczucie odrzucenia i niepewność dotycząca przyszłości. Niejeden człowiek zaczyna wtedy zadawać sobie pytania: Czy ktoś jeszcze na mnie czeka? Czy rodzina mi wybaczy? Czy po wyjściu z więzienia znajdę pracę? Czy będę potrafił rozpocząć życie od nowa? Czy Bóg może mi przebaczyć to, co zrobiłem? Właśnie w takich chwilach szczególnego znaczenia nabiera obecność drugiego człowieka. Czasami rozmowa, list, dobre słowo czy zapewnienie o modlitwie mogą obudzić nadzieję, która zaczęła już gasnąć. Człowiek pozbawiony wolności potrzebuje bowiem nie tylko odbyć karę, ale również uwierzyć, że jego życie nie musi zakończyć się na popełnionym złu.

Pismo Święte wielokrotnie pokazuje nam ludzi, którzy dopuścili się poważnych grzechów, a mimo to Bóg ich nie przekreślił. Święty Piotr zaparł się Jezusa, a później został pierwszym spośród Apostołów. Święty Paweł prześladował chrześcijan, a po spotkaniu z Chrystusem stał się jednym z największych głosicieli Ewangelii. Dobry łotr, ukrzyżowany obok Jezusa, sam przyznał, że ponosi słuszną karę za swoje czyny. Kiedy jednak zwrócił się do Chrystusa słowami: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”, usłyszał odpowiedź: „Dziś będziesz ze Mną w raju” (Łk 23,42–43). Ta scena pokazuje coś bardzo ważnego. Jezus nie powiedział, że zło popełnione przez tego człowieka nie miało znaczenia. Nie unieważnił również konsekwencji jego czynów. Dostrzegł jednak w nim skruchę i pragnienie przemiany. Do ostatniej chwili pozostawił mu otwartą drogę do miłosierdzia. Dla Boga żaden człowiek nie jest więc przypadkiem beznadziejnym.

Pięknym przykładem takiej postawy jest św. Jan Paweł II. 13 maja 1981 roku na placu św. Piotra został ciężko postrzelony przez Mehmeta Ali Agcę. Papież przeżył zamach, a dwa lata później udał się do więzienia, aby spotkać się ze swoim zamachowcem. Rozmawiał z nim osobiście i okazał mu przebaczenie. Nie oznaczało to, że uznał zamach za rzecz nieważną albo że sprzeciwiał się sprawiedliwej karze. Pokazał natomiast, że chrześcijanin może przebaczyć nawet temu, kto wyrządził mu wielką krzywdę.

„Więźniów pocieszać” nie oznacza więc jedynie odwiedzania zakładów karnych. Nie każdy ma taką możliwość ani nie każdy jest do tego powołany. Możemy jednak modlić się za więźniów, wspierać duszpasterstwo więzienne, pomagać rodzinom osób osadzonych, a także nie przekreślać tych, którzy po odbyciu kary próbują powrócić do normalnego życia. Jeżeli człowiek szczerze chce się zmienić, powinien otrzymać szansę. Bóg bowiem nigdy nie zamyka przed człowiekiem drogi powrotu.


Katecheza, 9 sierpnia 2026

Uczynki miłosierne względem ciała – chorych nawiedzać

Jednym z uczynków miłosierdzia względem ciała jest „chorych nawiedzać”. Sam Jezus powiedział: „Byłem chory, a odwiedziliście Mnie” (Mt 25,36). W tych prostych słowach Chrystus pokazuje, że każda wizyta u człowieka chorego jest jednocześnie spotkaniem z Nim samym. Nie mówi: „uleczyliście Mnie” czy „usunęliście moje cierpienie”, ale: „odwiedziliście Mnie”. Oznacza to, że już sama obecność przy cierpiącym ma wielką wartość w oczach Boga. Słowa Jezusa skłaniają nas do postawienia kilku ważnych pytań. Kim jest człowiek chory? Dlaczego odwiedziny są dla chorego tak ważne? Jak możemy wypełniać ten uczynek miłosierdzia we współczesnym świecie? Czy naprawdę dostrzegamy Chrystusa w człowieku cierpiącym?

Choroba jest jednym z najtrudniejszych doświadczeń ludzkiego życia. Nikt jej nie planuje ani nie pragnie. Potrafi zmienić codzienne obowiązki, odebrać siły, ograniczyć samodzielność i sprawić, że człowiek zaczyna czuć się ciężarem dla innych. Często największym cierpieniem nie jest sam ból fizyczny, ale samotność. Wielu chorych przyznaje, że najbardziej boli ich nie choroba, lecz poczucie opuszczenia. Gdy przestają odwiedzać ich znajomi, a telefon milknie, rodzi się przekonanie, że nie są już nikomu potrzebni. Chorzy potrzebują nie tylko lekarstw i profesjonalnej opieki, ale również obecności drugiego człowieka, który poświęci im czas, wysłucha ich i okaże życzliwość.

Święta Matka Teresa z Kalkuty mówiła, że największą chorobą współczesnego świata jest poczucie bycia niekochanym i niechcianym. Dlatego nie ograniczała swojej posługi jedynie do opatrywania ran i podawania lekarstw. Przede wszystkim dawała chorym swoją obecność, czułość i szacunek. Wiedziała, że człowiek potrzebuje nie tylko leczenia ciała, ale również miłości, która uzdrawia serce. Odwiedzanie chorych nie zawsze wymaga wielkich poświęceń. Czasem wystarczy kilka minut rozmowy, wspólna modlitwa, przeczytanie fragmentu Pisma Świętego, pomoc w codziennych obowiązkach czy zwykłe wysłuchanie drugiego człowieka. Nieraz największym darem jest cierpliwe milczenie i obecność. Chory nie oczekuje pięknych przemówień ani gotowych odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia. Pragnie przede wszystkim wiedzieć, że nie został zapomniany.

Pan Jezus powiedział: „Po tym wszyscy poznają, że jesteście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13,35). Odwiedzanie chorych jest jedną z najpiękniejszych form takiej miłości. Wymaga czasu, cierpliwości i rezygnacji z własnej wygody, ale właśnie dlatego ma tak wielką wartość. Miłosierdzie nie polega jedynie na współczuciu, lecz na konkretnych czynach. Warto więc rozejrzeć się wokół siebie. Być może niedaleko mieszka starszy sąsiad, którego od dawna nikt nie odwiedził. Może ktoś z rodziny od wielu tygodni zmaga się z chorobą i czeka na zwykłą rozmowę. A może w naszej parafii są osoby, które z powodu wieku lub cierpienia nie mogą już uczestniczyć we Mszy Świętej. Dla nich nasza obecność może stać się znakiem, że Bóg o nich nie zapomniał. Odwiedzając chorego z miłości do Chrystusa, nie tylko niesiemy pomoc drugiemu człowiekowi. Bardzo często sami wracamy bogatsi o doświadczenie pokory, wdzięczności i głębszego spojrzenia na życie. To właśnie chorzy uczą nas, jak cenne są zdrowie, czas i obecność drugiego człowieka. A Pan Jezus zapewnia, że wszystko, co uczynimy jednemu z tych najmniejszych, Jemu samemu uczynimy.


Katecheza, 2 sierpnia 2026

Uczynki miłosierne względem ciała – podróżnych w dom przyjąć

W Księdze Rodzaju czytamy, że Abraham siedział u wejścia do swego namiotu, gdy ujrzał trzech nieznajomych. Natychmiast wyszedł im na spotkanie, zaprosił ich do siebie, obmył im nogi i przygotował posiłek. Dopiero później okazało się, że przyjmując wędrowców, gościł samego Boga (por. Rdz 18,1–8). Słowo Boże zachęca nas, abyśmy zastanowili się nad kilkoma pytaniami. Kim jest człowiek, którego możemy nazwać podróżnym? Czy ten uczynek miłosierdzia odnosi się jedynie do osób przemierzających dalekie drogi? W jaki sposób możemy go wypełniać we współczesnym świecie? 

     Dawniej przyjęcie podróżnego było często sprawą życia i śmierci. Wędrowcy przemierzali długie drogi pieszo, narażeni na głód, chłód i niebezpieczeństwa. Gospody były nieliczne, dlatego otwarcie domu dla nieznajomego było czymś naturalnym. Dzisiaj sytuacja wygląda inaczej. Hotele, schroniska i środki transportu sprawiają, że rzadko spotykamy ludzi proszących o nocleg. Nie oznacza to jednak, że ten uczynek miłosierdzia stracił swoje znaczenie. Współczesnym podróżnym jest często człowiek, który przybywa do naszego miasta, parafii czy miejsca pracy i nikogo tutaj nie zna. Może być nim student rozpoczynający naukę, osoba podejmująca nową pracę, rodzina, która przeprowadziła się do sąsiedztwa, pielgrzym przybywający do sanktuarium czy gość uczestniczący w uroczystości rodzinnej. Każdy z nich potrzebuje nie tylko dachu nad głową, ale również życzliwości, dobrego słowa i poczucia, że nie jest sam.

     Autor Listu do Hebrajczyków przypomina: „Nie zapominajcie o gościnności; przez nią bowiem niektórzy, nie wiedząc o tym, aniołom dali gościnę” (Hbr 13,2). Nigdy nie wiemy, jakie znaczenie może mieć dla drugiego człowieka nasz prosty gest życzliwości. Czasami wystarczy zaprosić kogoś na wspólny posiłek, pomóc odnaleźć drogę, zainteresować się nowym sąsiadem czy znaleźć czas na rozmowę z osobą, która czuje się obca i zagubiona. Ten uczynek miłosierdzia realizujemy przede wszystkim przez otwartość na drugiego człowieka. Możemy serdecznie przyjąć gości, zainteresować się nowymi sąsiadami, pomóc pielgrzymom, wesprzeć osoby, które przyjechały z daleka do pracy lub na studia. Możemy także zaprosić do wspólnego stołu kogoś samotnego, kto od dawna nie doświadczył rodzinnego ciepła. Czasem wystarczy uśmiech, rozmowa czy pomoc w odnalezieniu się w nowym miejscu, aby ktoś poczuł się bezpiecznie i przestał być obcy.

     Gościnność chrześcijańska nie polega na okazałym przyjęciu ani na bogato zastawionym stole. Jej istotą jest otwarte serce. Dom, w którym mieszka Chrystus, zawsze znajdzie miejsce dla drugiego człowieka. Warto pamiętać, że kiedy przyjmujemy potrzebującego z miłości do Boga, w rzeczywistości przyjmujemy samego Jezusa. A On zapewnia nas, że żaden gest miłosierdzia nie pozostanie bez nagrody.


Katecheza, 26 lipca 2026

Uczynki miłosierne co do ciała – nagich przyodziać

Ubranie to jedna z podstawowych potrzeb człowieka. Chroni przed zimnem i trudnymi warunkami atmosferycznymi, ale jego funkcja sięga znacznie głębiej. Brak odzieży, nagość, to nie tylko fizyczny chłód, ale przede wszystkim utrata godności, wstyd i poczucie bezbronności. Dlatego uczynek „nagich przyodziać” wykracza poza zwykłe przekazanie komuś ubrania. To gest przywracający drugiemu człowiekowi szacunek, poczucie bezpieczeństwa i należne mu miejsce w społeczeństwie.

W Piśmie Świętym motyw ubrania i nagości pojawia się już na pierwszych stronach Księgi Rodzaju. Po grzechu pierworodnym pierwsi ludzie, Adam i Ewa, uświadomili sobie swoją nagość i poczuli wstyd. Bóg nie zostawił ich w tym upokorzeniu – sam sporządził dla nich odzienie ze skór i przyodział ich (por. Rdz 3,21). Był to pierwszy akt miłosierdzia, w którym Stwórca osłonił ludzką słabość. Z kolei Prawo Mojżeszowe w Starym Testamencie surowo nakazywało troskę o ubogich: jeśli ktoś wziął w zastaw płaszcz bliźniego, musiał oddać go przed zachodem słońca, ponieważ dla biednego często było to jedyne okrycie na noc (por. Wj 22,25-26). W ten sposób Bóg uczył swój lud wrażliwości na najsłabszych.

W Nowym Testamencie uczynek ten zostaje przez Jezusa podniesiony do rangi kryterium, z którego będziemy sądzeni. W opisie sądu ostatecznego padają niezwykle wyraźne słowa: „Byłem nagi, a przyodzialiście Mnie” (Mt 25,36). Chrystus utożsamia się z każdym człowiekiem odartym z godności i pozbawionym podstawowych środków do życia. Co więcej, sam Jezus osobiście doświadczył najgłębszego bólu nagości podczas swojej męki. Zanim został ukrzyżowany, oprawcy odarli Go z szat (por. J 19,23), wystawiając na pośmiewisko. W świetle krzyża widzimy, że ofiarowując pomoc i odziewając ubogiego, dotykamy samego Zbawiciela.

Realizacja tego uczynku w codziennym życiu jest bardzo konkretna, ale wymaga odpowiedniego podejścia. Przekazując ubrania potrzebującym, czy to bezpośrednio, czy poprzez organizacje charytatywne, nie chodzi o to, by pozbyć się zniszczonych, bezużytecznych rzeczy i uspokoić własne sumienie. Miłosierdzie polega na tym, by dać drugiemu to, w czym sami nie wstydzilibyśmy się chodzić. Ponadto, nagość można rozumieć również w szerszym, duchowym sensie – jako odarcie kogoś z dobrego imienia, plotkowanie czy wystawianie czyichś słabości na widok publiczny. Miłosierdzie każe nam wtedy okrywać błędy i słabości bliźnich płaszczem dyskrecji i szacunku.

Uczynek „nagich przyodziać” przypomina nam, że chrześcijańska miłość zawsze musi przybierać materialny, namacalny kształt. Kiedy dzielimy się odzieżą z kimś potrzebującym, przekazujemy mu coś więcej niż tylko fizyczne ciepło. Dajemy mu czytelny znak, że szanujemy jego ludzką godność i że nie jest dla nas niewidzialny. W tak prostym geście – przekazaniu kurtki, butów czy koca – realizuje się Ewangelia, która osłania ludzką biedę i przywraca człowiekowi nadzieję.


Katecheza, 19 lipca 2026

Uczynki miłosierne co do ciała – spragnionych napoić

Pragnienie, podobnie jak głód, należy do najbardziej podstawowych potrzeb człowieka. Bez wody nie ma życia. Człowiek może przez pewien czas żyć bez pożywienia, ale bez dostępu do wody jego życie bardzo szybko znajduje się w niebezpieczeństwie. Dlatego podanie wody spragnionemu jest jednym z najprostszych, a jednocześnie najbardziej podstawowych gestów troski o drugiego człowieka.

W Piśmie Świętym woda ma bardzo głębokie znaczenie. Jest przede wszystkim znakiem życia i Bożego błogosławieństwa. Naród izraelski szczególnie mocno doświadczył tego podczas wędrówki przez pustynię. Kiedy Izraelitom zabrakło wody, zaczęli narzekać i pytać Mojżesza: „Czy po to wyprowadziłeś nas z Egiptu, aby nas, nasze dzieci i nasze bydło wydać na śmierć z pragnienia?” (por. Wj 17,3). Bóg nie pozostał obojętny na ich wołanie. Polecił Mojżeszowi uderzyć laską w skałę, z której wypłynęła woda. W ten sposób Bóg pokazał, że troszczy się o swój lud i daje mu to, czego potrzebuje do życia. Temat pragnienia pojawia się również w Ewangelii. Każdy kubek wody podany spragnionemu może więc stać się gestem miłości wobec Chrystusa. Jezus mówi o tym bardzo konkretnie: „Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę, powiadam wam, nie utraci swojej nagrody” (por. Mt 10,42). W oczach Boga nawet najmniejszy gest miłości ma wielką wartość.

Warto zwrócić uwagę, że Jezus mówi właśnie o kubku wody. Nie wymaga rzeczy wielkich i niezwykłych. Nie każdy człowiek może dokonywać wielkich dzieł, ale każdy może zrobić coś małego dla drugiego. Czasami właśnie taki prosty gest może mieć ogromne znaczenie. Szczególnym momentem, w którym Jezus doświadcza pragnienia, jest Jego męka na krzyżu. W Ewangelii według św. Jana słyszymy Jego słowa: „Pragnę” (J 19,28). Jezus, który wcześniej obiecywał ludziom wodę żywą, sam teraz cierpi z powodu pragnienia. Te słowa przypominają nam, że Chrystus naprawdę przyjął ludzkie ciało i doświadczył ludzkiego cierpienia.

„Spragnionych napoić” to uczynek bardzo prosty, ale właśnie w tej prostocie kryje się jego piękno. Przypomina nam, że miłosierdzie nie zawsze wymaga wielkich i niezwykłych czynów. Czasami wystarczy dostrzec potrzebę drugiego człowieka i odpowiedzieć na nią prostym gestem. Kiedy podajemy spragnionemu kubek wody, dajemy mu coś koniecznego do życia. Ale jako chrześcijanie dajemy mu również coś więcej. Pokazujemy, że nie jest nam obojętny, że dostrzegamy jego potrzebę i chcemy mu pomóc. A wtedy zwykły kubek wody może stać się znakiem miłosierdzia i świadectwem Bożej miłości.